Miejska Biblioteka Publiczna
im. Zbigniewa Załuskiego w Gryficach

Miejska Biblioteka Publiczna
im. Zbigniewa Załuskiego w Gryficach

Miejska Biblioteka Publiczna
im. Zbigniewa Załuskiego w Gryficach

Miejska Biblioteka Publiczna
im. Zbigniewa Załuskiego w Gryficach

Miejska Biblioteka Publiczna
im. Zbigniewa Załuskiego w Gryficach

Tekst II Dyktanda autorstwa Mariusza Rakoskiego

Współczesny arcy-Europejczyk

 Podniósł lekko półsenne powieki. Starał się wykonywać aktywny niby-chód, który bardziej kojarzył się z żółwim tempem, aniżeli z superdynamicznym krokiem homo sapiens w postawie optymistycznej i pewnej, nie byle jakiej psyche. Jego postać była antyciałem: (albo – ) szczupły, niewysoki, (lub bez przecinka) a cera tak blada, że mogłaby wziąć udział w reklamie cud-proszku propagującego nowy styl wielkomiejskiego życia. Nie raz, ale wiele razy podczas porannego nicnierobienia wpatrywał się w sufit, na którym zadomowiły się nie trzy, lecz kilkanaście czarno-białych plam. Chcąc nie chcąc były one oznakami podziurawionego, nieszczelnego dachu w poniemieckim budynku, dla którego w pokomunistycznej nie-Polsce nie ma nadziei na lepszą przyszłość. Wzrokiem wędrował również po pseudościanach, melancholijnym obrazie zawieszonym na zardzewiałym haku oraz drewnianych oknach, które nie lada lekki wietrzyk mógłby strzaskać w drobny mak. Myślał o jedno- lub dwutygodniowych wczasach gdzieś za granicą. Tak od zaraz, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znalazłby się w minibokserkach na plaży Morza Śródziemnego. Dla odskoczni prażyłby swoje ciało (przynajmniej metodą naturalną) (albo ,– przynajmniej… –,) i pił niedrogie napoje niewyskokowe. Noce spędzałby chętnie w dyskotekach i hulał do rytmu muzyki techno. Nie jeden tysiąc złotych kosztowałaby taka nie najlepsza idea. Niejeden, ale zapewne wielu pozazdrościłoby możliwości kupienia szczęścia za papier z wizerunkiem Bolesława Chrobrego. Jednak to nie pieniądze stanowiły fundament jego osobistej hierarchii wartości, ale mickiewiczowskie serce, czucie oraz wiara. Przypomniał sobie słowa druha, który stwierdził mniej więcej, że pieniądze szczęścia nie dają, (albo –) ale zakupy i owszem. Wiedział, że był to wielosens i, że życie człowieka powinno opierać się na zasadzie tak zwanego złotego środka oraz na starym, sprawdzonym porzekadle: (albo –) „co za dużo, to niezdrowo”.

Do niby-pokoju przez spróchniałe okna przenikał hałas i chaos wcale niemałego miasta. Szczególnie nie znosił i nienawidził trzasków i zgrzytów brudnych tramwajów elektrycznych, wyprodukowanych w PRL-u (albo peerelu) i współfinansowanych przez zaprzyjaźniony ZSRR. Podszedł bliżej okna i obserwował tamtych drugich, innych. Biegali w markowym obuwiu Adidasa, a w dłoniach dzierżyli czwartą władzę mass mediów. Ci nie piszący ani nie czytający konsumowali nie w ciemię bitą Dodę i bohatera Adama Małysza. To było jego prywatne łapu-capu i odwieczna antynomia bytu.

Nad gryfickie jasne niebo nadciągnęły czarne chmury. Gdzieniegdzie rozlegał się huk pioruna. Pomału zasłonił okno, sięgnął po ulubioną książkę i położył się z powrotem. „Wiosna tuż-tuż” – myślał. Na jego twarzy, od ucha do ucha, malował się szeroki szczękościsk.

Mariusz Rakoski

Akceptuj pliki cookies na tej stronie

EU Cookie Directive Module Information